piątek, 1 kwietnia 2016

A co do środy... I prima aprilis!

Miało być opowiadanie, spokojnie, będzie w tygodniu. Dzisiaj chciałam Wam opisać mój środowy (30.03.16r.) dzień.


Zaczął się dosyć zwyczajnie, mimo że obudziłam się o ósmej, dwadzieścia minut przed wyjściem na praktyki, więc musiałam się bardzo spieszyć. Czułam, że to nie będzie mój dzień.
Zdążyłam na czas, głównie dzięki temu, że odprowadził mnie Ukochany, co skończyło się uporczywym ciąganiem za rękę i poganianiem (co było w pewnym sensie urocze).
Praktyki w areszcie minęły w miarę szybko; miły wykładowca, mili więźniowie, koleżanki sympatyczne, głupie skojarzenia, więc mimo zaspania i nie wyspania jakoś to szło.
Zadanie nie było jakieś specjalnie skomplikowane to i stresu nie było. Jeszcze wszyscy się tak ładnie uśmiechali, że mimo złej pogody tak się cieplej robiło na sercu. Przeświadczenie, że to nie mój dzień mnie nie opuszczało.
Po powrocie do mieszkania zrobiłam Ukochanemu i Panu Koledze śniadanie, bo to nic, że wracałam o 12 i tak nie mieli jak zjeść i siedzieli głodni :P (trochę są usprawiedliwieni, bo ogarnęli syf :)). Padłam na łóżko i już mnie nie było, teleportowałam się do krainy pogrzanych snów, które skupiały się na dogadzaniu 60-letniemu, siwemu trenerowi tańca w miejscu fruwających złotych kulek z minkami z umiejętnością zmieniania się we wskaźniki orgazmu. To wszystko specjalnie mnie nie zaskoczyło poza jednym: ja nie trenuję tańca.
Tak czy siak, przez to wszystko nie poszłam na zajęcia z komunikacji, czego trochę żałowałam, bo są całkiem fajne. Wciąż myśl, że to nie mój dzień. Nawet humor się zepsuł.
Na prawie karnym dowiedziałam się, że nie zaliczyłam kolokwium, czemu nie mogłam się dziwić, bo się zwyczajnie nie nauczyłam, więc byłabym naiwna, gdybym miała jakąś nadzieję (no dobra, trochę liczyłam na cud). Nie była to więc jakaś smutna wiadomość.
Po zajęciach szybko po strój do ćwiczeń i na karate, chociaż czułam, że nie powinnam jechać. Nie było tak źle, chociaż w pewnym sensie miałam rację.
Zaczynając od tego, że pojechałam kilka przystanków za daleko, bo ten telewizorek od pokazywania przystanków się zepsuł, a ja byłam tak zamyślona, że się nie zorientowałam, że od kilkunastu minut wyświetla jedno miejsce (a sprawdzałam go co chwilę). Już trochę wkurzona wysiadam i popylam ponad 2 km z powrotem. Znaczy popylałabym, gdyby nie mój wątpliwy fart. Mianowicie pół kilometra dalej był przystanek i akurat jechał inny autobus. Kolejny bilet skasowany i jedziemy.
Na tym fart się skończył, bo okazało się, że przystanek, na którym zwykle wysiadałam w inną stronę, w tą stronę był dalej. Więc idę kilometr na zajęcia, już nieźle wnerwiona.
Spóźniłam się, ale na szczęście jeszcze nie weszli, więc zdążyłam się przebrać.
Hmm... potem... przeliczyłam siły na zamiary i naciągnęłam sobie coś w nodze, ale starałam się tego nie okazywać, w końcu twardym trza być. Boli do teraz. Jeszcze się dowiedziałam, że nie umiem zginać palców u lewej stopy. Znaczy umiem, ale muszę się wysilić, trochę to dziwne...
Ćwiczymy Kata... no, z moją desynchronizacją i błędnikiem... to i tak szło mi całkiem nieźle. Nie byłoby tak źle gdybym się na innych nie patrzyła, co mnie tylko rozpraszało. Po wszystkim czułam taką demotywację, że szłam z opuszczonymi ramionami w deszczu, po ciemku, nie nakładając nawet kaptura na głowę. Jeszcze na dodatek zepsuł mi się zamek w płaszczu, co w połączeniu wywołało łezki w oczach. Idąc, mokra jak... zmokła kura i wyglądając jak kłębek nieszczęść zauważyłam mój autobus (z dużej odległości, nie wiem jakim cudem). Mimo wypluwanych płuc udało mi się dobiec.
Siedziałam z założonymi nogami, wpatrzona w okno, szukając pocieszenia w telefonie do Ukochanego. Nie powiem, trochę mi humor poprawił. Zauważyłam też, że jakiś pan przygląda się moim glanom. No nic, nie wyglądał jakby chciał mi je zabrać, więc mi to nie przeszkadzało. Pan wstał, podszedł do mnie i zagadał w sprawie butów. Nie, nie chciał ich kupić, po prostu go zainteresowały. Miło mi się zrobiło w rozmowie z nim, taki stary rockowiec, trochę podpity, ale sympatyczny.
Chwilę jeszcze na przystanku pogadaliśmy, jeszcze mój Ukochany dołączył, usłyszałam dodatkowo dobrą firmę glanów, poleconą przez tego pana. Z Ukochanym wróciliśmy do mieszkania powolnym krokiem. Wchodzę zmęczona i co widzę? Ukochany i Pan Kolega zrobili kolację, by było mi miło. I to jaką; samodzielnie zrobiony sos (znam się na tym, poznam podróbkę:)) z mielonym mięsem, papryką, pieczarkami i różnymi takimi innymi bajerami :). Przetarte ziemniaki, nawet przyprawione (chociaż troszkę za mało), zostało mi tylko usmażyć placki ziemniaczane, bo chcieli takie duże, a nie umieli ich tak usmażyć (Ukochany potrafił usmażyć cieniutkie placki w ten sposób, że na zewnątrz były... oględnie mówiąc chrupkie, a w środku surowe). 

Kolacja pyszna, dawno nie jadłam czegoś takiego, jeszcze jestem pod wielkim podziwem. To było z ich strony naprawdę fajne, zatarło wszystkie nieszczęścia tego dnia (które bądź co bądź sama na siebie sprowadziłam ;)). 

Taki kwiatek z... dzisiaj: Pan Kolega chciał zapalić, a w mieszkaniu nie pozwalam, więc musiał wyjść na podwórko. Ukochany poszedł z nim dla towarzystwa. Podkreślić trzeba, że było grubo po 3 nad ranem. 
Dzwonią do mnie za chwilę i Ukochany mówi, że dwóch chłopaków się do nich rzuciło, poszarpali się, nie wiadomo skąd zjawiła się straż miejska i teraz jedzie policja, więc dobrze by było gdybym przyniosła mu dowód. Ja wydygana co się tam działo, mordki pewnie oklepane, w głowie układam różne zdania by ich wytłumaczyć, sięgam po jego dokumenty, płaszcz na piżamkę i startuję z piątego piętra.
Wychodzę na zewnątrz, patrzę, a ich nie ma. Idę obok bloku a oni stoją, skuleni, bo w krótkich spodenkach i się śmieją. Tak, oszukali mnie, szuje wredne! Bo prima aprilis! Nic nie powiedziałam, wróciłam do mieszkania, oni za mną, bo się bali, że ich nie wpuszczę. Prawie się nie odzywam (jak można mnie tak straszyć!), położyliśmy się do łóżek. Wyszłam chwilę później do łazienki i słyszę Kolegi: ,,przypał, przypał, przypał" :D. Później z powrotem spać, ze słowem ,,głupek" na ustach, skierowanym w stronę ukochanego. 
Rano emocje przeszły, chociaż byli zainteresowani czy wciąż jestem zła :). Tym mnie rozbroili, już się nie gniewam, ale dzisiaj im nie wierzę :)

2 komentarze:

  1. Perfekcyjnie, doskonale, idealnie, wykonywane z rozwagą i pogłębioną analizą, pomimo rzekomych problemów z błędnikiem i desynchronizacją. Nikt z obecnych wtedy na sali nie przyswajał sobie tak szybko i dokładnie tajników kata jak Ty. W szkole kolokwium nie zaliczyłaś, ale kata na 5. Pozdrawiam, osu! :)
    J.D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam Sensei :).
      Dziękuję za te pocieszające słowa, bardzo miłe :). I motywujące, co pewnie było ich celem :). Myśląc o tamtym treningu nie zaliczyłabym tego sobie na 5, ale nie będę się kłócić z opinią profesjonalisty :D. Cieszę się, że nie szło mi aż tak źle jak myślałam :)
      Chociaż nie wykluczam możliwości, że to prima-aprilissowy żart ;D.
      Pozdrawiam, osu! :)

      Usuń