niedziela, 21 sierpnia 2016

,,Za Nocą" Rozdział 11

Po dłuższej przerwie, ale jest. Bez rozwijania zabieram się za następny ;).

            Obudziła się pod ciężarem męskiego ramienia. Przeżywała dość nietypowe deja vu. Jeszcze chwilę gnieździła się na łóżku nim zorientowała się co tutaj nie pasuje. Próbowała przypomnieć sobie co działo się poprzedniej nocy, jednak pamiętała tylko, że zasnęła. Miała tylko nadzieję, że to wszystko nie jest tak jak wyglądało.
            Rozejrzała się po pomieszczeniu, które okazało się być sypialnią jej nauczyciela. Bała się odwrócić spodziewając się co tego co znajdzie za plecami. Próbowała wstać, jednak Esader przyciągnął ją do siebie, śpiąc jeszcze, takie przynajmniej miała wrażenie. Westchnęła i z trudem obróciła się, napotykając jego spojrzenie.

            - Nie śpisz? - rzuciła spinając się nagle. Spojrzała na jego rękę, która wciąż ją otaczała. - Możesz ją zabrać?
            Nie odpowiedział, wciąż jej się przyglądając. Zamknęła oczy, próbując się wysunąć, tym razem nie czując oporu. Skierowała się do swojego pokoju, zatrzymując się na moment w drzwiach.
            - Dzień dobry.  - mruknęła i zamknęła je za sobą.


            Dni mijały, robiąc z życia rutynę.  Jej kontakty z Esaderem stały się chłodniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Skupiali się tylko i wyłącznie na treningu, Mesha straciła więc jakąkolwiek nadzieję na ratunek z jego strony. Na szczęście zbliżało się spotkanie z Rephaimem, które miało wnieść coś nowego, a przynajmniej na to wyglądało. Chociaż nikt nie wspominał więcej o ich nieuniknionym losie, Mesha nie zapomniała jak skończy jeżeli tutaj zostanie. Bała się ryzykować, nie chciała by jej rodzinie stała się krzywda, jednak wciąż chciała chociaż poszukać rozwiązania. Nie mogli nie spróbować.

            - Skup się!  - dotarł do niej krzyk Esadera. Spojrzała na niego. Wydawał się rozdrażniony. Gdy się przyjrzała uznała, że nie mogła mu się dziwić. Stał kilkanaście kroków przed nią, trzymając w palcach ledwo dostrzegalną strzałkę. To miało być połączenie ćwiczeń nad  rzucaniem do celu i podnoszeniem wyjątkowo małych przedmiotów. Nie wiedziała czemu tak bardzo się na tym skupiał, skoro opanowała to prawie do perfekcji. Jej trening nie posuwał się dalej. Nie miała pojęcia do czego mogłaby jeszcze być zdolna, a Ezdrasz nie odpowiadał na jej pytania na ten temat. Miała wrażenie, że jest bardzo w tyle w porównaniu do swoich kolegów.
            - Koniec na dzisiaj - rzucił strzałkę na podłogę. - Nie wydajesz się skoncentrowana, nic z tego nie będzie. Idź do siebie. Zawołam Cię na kolację.
            Odwróciła się bez słowa i schowała w swoim pokoju. Tak wyglądał każdy poprzedni dzień.
Dawno nie płakała. Od momentu, w którym tu trafiła nie pozwoliła sobie na to. Teraz zbierało jej się jak nigdy wcześniej. Atmosfera była ciężka, bardzo ciężka, a od czasu przykrych odwiedzin Rephaima z tym starcem nie oglądała żadnej innej twarzy poza Esaderem. Nie wychodziła, nie pozwalał jej. Zakaz jednak nie wyglądał dosadnie, czuła opór przed otwarciem drzwi wyjściowych, i mimo że wiedziała, że to jego sprawka, nie potrafiła się przemóc. Bała się, że to przeszkodzi jej w spotkaniu, aczkolwiek kontrola stawała się jakby coraz słabsza. Może sobie odpuszczał, a może jej umysł podświadomie to zwalczał.
            Gdy się nad tym zastanawiała usłyszała pukanie. Z westchnieniem podniosła się z łóżka.
            - Proszę - powiedziała, prostując się, starając się zachować najbardziej oficjalny wygląd na jaki było ją stać.
            - Chciałem porozmawiać. - Esader zatrzymał się w progu. Wyglądał na lekko zmieszanego, przynajmniej na tyle na ile umiała to stwierdzić po jego wyrazie twarzy. Gestem zaprosiła go do środka. Zamknął za sobą drzwi. Zaskoczyło ją to, nadawało całej sytuacji pewnej intymności, co lekko ją peszyło. Usiadła z powrotem nie spuszczając oczu ze swojego nauczyciela. Ten przesunął biurkowe krzesło na przeciwko niej, usiadł i złożył ręce przed sobą, opierając je na kolanach.
            - Przez kilka dni mnie nie będzie - zaczął bez owijania w bawełnę. - Mam kilka rzeczy do zrobienia. W tym czasie zajmie się tobą... - zatrzymał się, to co chciał powiedzieć stanęło mu w gardle. Po chwili przerwy to co wyszło z jego ust zmroziło jej krew: - zostaniesz pod opieką Sergiusza.
            Nie wiedziała co powiedzieć. Wielka gula w gardle, której jeszcze przed chwilą tam nie było nie pozwalała jej wykrztusić słowa. Patrzyła tylko w twarz swojego nauczyciela, a w głowie rysowało jej się jedno pytanie: ,,Dlaczego?"
            - Wiem co czujesz, nie mam na to jednak wpływu. - podniósł się, a jego twarzy nabrała oficjalnego wyrazu. - Sergiusz jutro pośle po ciebie, masz się dostosować.
            Po tych słowach wyszedł pozostawiając Meshę w bolesnym osłupieniu.


            Dzisiaj mieli się spotkać. Rephaim czuł się zestresowany, co prawda nauczyciel zgodnie z planem opuścił budynek, obawiał się jednak, że zostawił zabezpieczenia uniemożliwiające realizację jego planu. Dzisiaj wiele nie zrobią, ale ważnym było by wszyscy się dowiedzieli co miał do powiedzenia.

            O umówionej godzinie stał przy celi, czekając na resztę.
            Po chwili pojawił się Michael a za nim cała reszta. Brakowało tylko Leny.
            - Dlaczego nie przychodzi? - strachliwa nuta w głosie Noemi nie pomogła w poprawie panującego nastroju.
            - Może ma jeszcze zajęcia, godzina przecież nie jest późna. - Michael patrzył sceptycznie na koleżankę. Rephaim miał wrażenie, że coś się w nim zmieniło, nie był w stanie powiedzieć jednak co to takiego. Przyglądał mu się więc z uwagą, próbując wyczytać jakie są jego prawdziwe intencje.

            Mesha czuła, że coś jest nie tak, wszyscy trzymali pewien dystans, jakby w ciągu tych kilku dni coś się zmieniło. Brakowało czegoś, bez czego traciła nadzieję. Starała się nie zapomnieć, że to są ci sami ludzie, z którymi jeszcze kilka tygodni temu została zamknięta i tak się polubiła, ale gdy ta myśl ją opuszczała nadchodziło spięcie i niepewność. Jakby miała robić coś niebezpiecznego z kimś zupełnie obcym. Jedynie Rephaim wydawał się zdeterminowany i na tyle zawzięty by dalej to ciągnąć.

            - Musimy się stąd zabrać, niedługo ktoś nas przyłapie. - powiedział, rozglądając się po twarzach zebranych.
            - Nie możemy iść bez Leny! - Noemi prawie krzyczała, łapiąc Rephaima za ramię. 
            - Ale jak stąd nie pójdziemy to będzie za późno!
            - Właściwie już jest za późno. - usłyszeli głos, który Mesha, mimo że rzadko słyszała, byłaby w stanie poznać wszędzie. 

1 komentarz:

  1. Wróciłam po długiej przerwie do komentowania. Tak długo cię nie było że już myślałam, że zaraz pojawi się notka informująca o tym, że zawieszasz bloga. :( Na szczęście tak się nie stało. Wracając do rozdziału, to wyszedł ci tak samo dobrze jak poprzednie. Nie mogę uwierzyć, że będzie ją teraz uczył ten zboczeniec Sergiusz. Po za tym bardzo chciałam dowiedzieć się co ma im do powiedzenia Rephaim. No nic już na to nie poradzimy.
    Pozdrawiam Erciak :D

    OdpowiedzUsuń