sobota, 22 lipca 2017

Eldarya ,,Not Everyone is a Soldier" Rozdział 13 [Przyjaciel]

      Obudziła się w szpitalu, leżała jednak sama, nie było nawet Leiftana. Próbowała się podnieść, ale ból ciała skutecznie jej to uniemożliwił. Chciała sobie przypomnieć co wydarzyło się ostatniej nocy, nie pamiętała nawet, w którym momencie zasnęła ani dlaczego była w takim stanie.      Usłyszała otwieranie drzwi, ale nie unosiła głowy by zobaczyć kto przyszedł, wolała nie prowokować swoich mięśni. Ciężkie kroki podpowiedziały jej, że to mężczyzna i miała rację; do jej łóżka podszedł Leiftan, a za nim Ewelein, której wcześniej nie słyszała. Oboje mieli zaniepokojone miny, lecz gdy zobaczyli jej otwarte oczy odetchnęli z ulgą.
      - Jak się czujesz? - zapytał niepewnie mężczyzna dotykając lekko jej dłoni. Próbowała się uśmiechnąć, ale tylko wykrzywiła twarz w niepewnym grymasie. Westchnęła i zamiast tego powiedziała:      - Nie jestem pewna. Co mi się stało? Faery spojrzeli na siebie milcząc przez dłuższą chwilę. Eli zauważyła, że na odsłoniętym ciele lorialeta, w miejscu jego wcześniejszych ran widniały tylko lekkie zaczerwienione ślady. Zastanawiała się jak to możliwe i czy może jej się to po prostu nie śniło.
      - Wydaje nam się, że to może mieć związek z twoją rasą. - Głos elfki skutecznie wyrwał ją z zamyślenia. - Możesz mieć jakieś umiejętności z przekazywaniem energii.      - Zaraz zaraz… - Eli nie rozumiała o czym lekarka do niej mówiła. Wyciągnęła ręce przed siebie w geście obronnym. - Co się wczoraj wydarzyło?      - Z tego co zrozumiałem udało ci się poprawić mój… prawie beznadziejny stan – odezwał się Leiftan uśmiechając się kojąco. - Pewnie nieumyślnie, zważywszy na twoje zaskoczenie, ale prawdopodobnie uratowałaś mi życie.      Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami, lekko rozdziawiając usta. Mężczyzna zaśmiał się na ten widok i ukłonił się lekko.      - Zdaniem Ewelein było to bardzo ryzykowne i niebezpieczne, tym bardziej więc jestem twoim dłużnikiem.      Dziewczyna przeniosła wzrok na elfkę szukając u niej odpowiedzi.      - Widzę, że nie znałaś siebie od tej strony. - Ew ledwo powstrzymywała uśmiech starając się brzmieć poważnie. - Coś co wczoraj zrobiłaś skutkowało uruchomieniem twojej zdolności i uzdrowieniem Leifa. Pamiętasz może coś z poprzedniej nocy?      Elisma pomyślała chwilę i faktycznie zaczęła sobie przypominać okoliczności, w których zemdlała.      - Dotknęłam jednego z tych małych zadrapań – zaczęła szukając w głowie więcej obrazów. - Zauważyłam wcześniej takie u Valkyona, myślałam więc o okolicznościach ich powstania. Gdy mój palec się z nim zetknął… Nagle znieruchomiałam. - Opuściła wzrok na miejsce wcześniejszych ran Leifa i wyciągnęła machinalnie dłoń kładąc ją na jego brzuchu. - Poczułam straszny ból… Właśnie tu, a potem… Zaczęłam nagle i szybko słabnąć, wiedziałam, że znalazłam się na granicy śmierci, po czym… upadłam. - Cofnęła dłoń onieśmielone i zerknęła na nich czując nagle niewyjaśniony strach. Oboje także spoważnieli patrząc na nią z niepokojem. Opuściła głowę pod tym naciskiem i zamknęła oczy. Naprawdę nic już z tego nie rozumiała.      - Którą dłonią go dotknęłaś? - zapytała cicho elfka, jakby nie chciała jej dodatkowo płoszyć. Eli wyciągnęła lewą rękę prostując palec wskazujący. Ta złapała za niego i przyjrzała mu się uważnie. Syknęła i wyprostowała się.      - Tak jak myślałam, kontakt rany z raną wywołał tą reakcję. Przyjrzyj się opuszkowi.      Zobaczyła na nim podłużny otwór, nie krwawiący, wydawał się wypalony w środku, głęboko, a mimo to nie widziała kości. Nigdy się z czymś takim nie spotkała, była więc w mocnym szoku.      - Duża ilość energii na małą powierzchnię, Leif ma bardzo podobną – powiedziała elfka. Faktycznie, dopiero w tym momencie zauważyła małą dziurę w miejscu, w które go wcześniej dotknęła. - Nie wiem czy to się kiedykolwiek zagoi, nie mieliśmy już bardzo dawno z tym do czynienia.      - Więc na co to wskazuje? Kim w końcu jestem?      Przez dłuższy czas się nie odzywali, jakby szukając słów.      - Chyba lepiej będzie to najpierw przebadać, mieć pewność. Nie chcielibyśmy wprowadzić się w … - mówiła Ewelein, ale dziewczyna postanowiła jej przerwać.      - Jakie macie przypuszczenia?      - Tractare. - Leiftan postanowił odpowiedzieć, uważnie jej się przy tym przyglądając.      - Nigdy o nich nie słyszałam.      - Nie jest to dla nas zaskoczeniem. - elfka westchnęła pocierając czoło. - Lepiej nie rozpowiadaj o tym dookoła, znaleźliby się tacy, którzy nie mieliby skrupułów w… pochopnej ocenie.      - Co chcesz przez to powiedzieć?      - Nie będziemy o tym teraz rozmawiać. Jak mówiłam wolimy to najpierw sprawdzić. Póki co nie mów o tym nikomu, zwłaszcza Valkyonowi. 

                                    *** 

      Nic więcej nie chcieli jej wytłumaczyć. Po południu pozwolili jej wyjść, przy obietnicy, że jutro pojawi się na kontroli. Leiftan jeszcze raz podziękował za ratunek i poprzysiągł jej się odwdzięczyć, nie zważając na jej słowa zapewniające, że cieszy się, że go uzdrowiła i gdyby musiała i wiedziała jak, powtórzyłaby to.      Przy wyjściu wpadła na Valkyona. Uchronił ją przed upadkiem i przyciągnął do siebie obejmując mocno. Ledwo mogła oddychać, ale po upływie zaskoczenia zrobiło jej się przyjemnie i ciepło na duchu, czuła się bezpiecznie. Przymknęła oczy i wtuliła policzek w jego obojczyk.      Chwila skończyła się szybciej niżby sobie tego życzyła. Odsunął ją na wyciągnięcie ramion i przyjrzał jej się uważnie.      - Słyszałem, że zemdlałaś – rzucił lekko zaniepokojony. - Gdy u ciebie byłem nie reagowałaś. Ewelein zapewniała mnie, że to nie moja wina… Ale nie chciała podać mi powodu.      - To co powiem będzie trochę samolubne… - zrobiła przerwę z figlarnym uśmiechem, obserwując jego reakcję – Cieszę się, że się o mnie martwiłeś.      Wyprostował się i opuścił dłonie.      - To chyba normalne, jesteś członkiem mojej straży.      - I każdego z nich tak przytulasz? Nooo, to panuje u nas naprawdę ciepła atmosfera, więzi jak w rodzinie. - Udała wielkie zaskoczenie zakrywając usta. - Jesteś jak nasz ojciec!      - Nie igraj sobie ze mną. - Valkyon nie wydawał się rozbawiony, zaciśnięta szczęka wskazywała wręcz, że się zirytował.      - No już już, spokojnie – szepnęła podchodząc powoli i sięgając dłonią do jego twarzy. - Mógłbyś czasami przyznać, że troszczysz się o mnie trochę bardziej niż przeciętnie, to mnie naprawdę nie obrazi, a inni nie powinni mieć ci tego za złe. -       Stanęła na palcach całując go w łączenie szyi i odeszła zostawiając go osłupiałego przy pomieszczeniu szpitalnym.
      Chciała poczytać trochę o tej nowo odkrytej rasie, ale w bibliotece nic nie znalazła. Siedziała tam do wieczora póki Kero jej nie pogonił. Nie wiedziała co zrobić zresztą czasu, który jej pozostał. Pragnęła odwiedzić Valkyona, ale miała świadomość jak mogłoby się to dla nich skończyć. Na szczęście dodatkowym argumentem by do niego nie iść było to, że zajął się namiętnie sprawą ataku na Leifa, teraz gdy wiedział, że wszystko z nim w porządku nic innego nie niepokoiło jego umysłu. Nie drążył sposobu w jaki cudownie ozdrowiał, wystarczyła mu wieść, że będzie żył. Inni dowódcy mu pomagali, nie mieli dla niej czasu, postanowiła więc wybrać się na spacer. Próbowała znaleźć Kerę by wyciągnąć ją ze sobą, ale i to się nie powiodło. Schowany księżyc nie oświetlał drogi, gwiazdy też nie radziły sobie z tym najlepiej, ale dzięki nim cokolwiek widziała.
      Dopiero przy łukach, które znajdowały się w okolicy wyjściowej bramy, zdała sobie sprawę, że zaszła za daleko, ale było już za późno. Poczuła czyjąś dłoń na ustach i została zaciągnięta za jeden z łuków. Nie próbowała krzyczeć, wiedziała, że nikt by jej stąd nie usłyszał.      - Nie odzywaj się jeśli chcesz żyć. - Dotarł do niej męski głos. Przeszedł przed jej widok popychając ją na jeden z filarów. Jej oczom ukazała się twarz zasłonięta przez bandamę. Ciemność uniemożliwiła dostrzeżenie czegoś więcej, miała jednak świadomość, że mężczyzna jest wściekły. - No, no, no, kogo my tu mamy. Zjawiłaś się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiedniej porze dziewczynko.      Usłyszała kroki i zaraz pojawiła się kolejna osoba, również osłonięta.      - Kogo mi tutaj dorwałeś? - odezwał się przybysz podchodząc bliżej. Pochylił się nad nią wciskając nos w zagłębienie jej szyi. Wyprostował się, ze śmiechem odrzucając głowę. - Cudownie pachnie. Człowiekiem, ale i kimś jeszcze. Nie miałem okazji próbować takiej mieszanki.      - Nie tutaj, dobrze wiesz, że nie mamy na to czasu.- Jego towarzysz wydawał się poddenerwowany. Eli stała sparaliżowana strachem, ale w duchu starała się zachować opanowanie. Obaj trzymali już ręce przy sobie, zastanawiała się więc nad jakąś drogą ucieczki. Wiedziała, że w starciu z nimi nie miałaby szansy, a na próbę oddalenia się na pewno zwróciliby uwagę. Jej sytuacja była beznadziejna.      Mężczyzna, który stał bliżej nie spuszczał z niej wzroku. Pochylił się ponownie, na co w odruchowej relacji uderzyła go w twarz. Ten cofnął się z przytłumionym śmiechem, trzymając się za nos.      - Ktoś tu ma pazurki – syknął groźnie. - Zapowiada się niezła zabawa.      Ruszył na nią nie słuchając sprzeciwu towarzysza, ale zatrzymał go dobrze znany jej głos.      - Stój! - Nevra zapalił pochodnie ukazując swoją postać. - Zrób jeszcze krok, a dasz mi pretekst.      Napastnik odwrócił powolnie głowę w stronę wampira, ale nie odsunął się. Nie tracił pewności siebie.      - Nie myślałem, że pokażesz się tak szybko – powiedział jakby rozbawiony. - Nooo, ale nie jesteś sam. - Pociągnął nosem wzdychając. - Valkyon, wyjdź z ukrycia, tak dawno cię nie widziałem.      Opiekun wszedł w krąg światła, a Eli od razu poczuła się bezpieczniej. Miała przeświadczenie, że to wszystko skończy się dobrze. Tak bardzo chciała pobiec do niego, wysłuchać jak bardzo bezmyślnie postąpiła, widzieć te jego karcące spojrzenie. Teraz nie patrzył na nią, przyglądał się uważnie osobie, która przed nią stała. Znali się i najwyraźniej nie pałali do siebie sympatią.      - Co ty tu robisz? - zapytał ostro strażnik zaciskając pięści. - Mówiłem ci, że masz się tutaj nie pojawiać, bo inaczej cię zabiję.      Groźba brzmiała bardzo prawdziwie, gdyby Eli usłyszała ją w swoim kierunku zwiałaby gdzie pieprz rośnie. Niechciany gość wydawał się jednak niewzruszony, podszedł nawet kilka kroków w ich stronę.      - Wiele się zmieniło od naszego ostatniego spotkania – powiedział już poważny. - Tym razem miałbym większe szanse. Pamiętasz ostatnią akcję z twoim przyjacielem? To moje dzieło. Pewnie już wam tam zdechł. Kiedy pogrzeb? Chętnie się pojawię. Valkyon nie dał się sprowokować. Nie wydawał się chętny do prowadzenia tej dyskusji, ale wyglądało na to, że nie zamierzał na razie ani odpuścić ani atakować. Eli rozejrzała się i napotkała wzrok drugiego z napastników. Pokręcił głową i zostawił ją zrównując się z towarzyszem. Obaj stali do niej teraz plecami. Nie skupiała się na tym o czym rozmawiali, próbowała schować się za łuk by w dogodnym momencie pobiec po pomoc.      Nie miała na to szansy; gdy tylko ruszyła z miejsca mężczyzna zmaterializował się przed nią i złapał za gardło przyciągając ją do siebie, przyciskając plecami do swojego ciała. Przyłożył do jej karku język i wyraźnie zaostrzone zęby. Wzdrygnęła się i znieruchomiała. Nevra i Valkyon znaleźli się bliżej wkurzeni i zaniepokojeni.      - Radzę ci ją puścić Drake – warknął jej opiekun zdejmując z pleców topór dwuręczny. Czyli jednak, pomyślała przypominając sobie mimochodem jak go sobie niedawno wyobrażała.      - Mój drogi przyjacielu, co się z tobą dzieje? Czyżbyś tracił kontrolę? - Drake nie odrywał od niej twarzy, a jednak brzmiał bardzo wyraźnie i głośno. Pociągnął ponownie nosem zaciskając jeszcze mocniej rękę na jej gardle. - No, ciekawe, ciekawe – mruknął ledwie słyszalnie i nie dając nikomu czasu na reakcję wgryzł się przebijając jej skórę. Krzyknęła z bólu i puszczona przez mężczyznę upadła na kolana. Valkyon zaszarżował i zamachnął się toporem nad nią, młócąc jednak powietrze. Klęknął przy niej opuszczając broń. Z wahaniem położył dłoń na jej brodzie i lekko uniósł.
      - Co on ci zrobił skarbie? - szepnął głaszcząc ją delikatnie kciukiem po policzku. Przechyliła z jękiem głowę odsłaniając i pokazując mu ugryzienie      Draken pojawił się ponownie za nimi.      - Tak jak myślałem – powiedział z parszywym uśmiechem. - Gadona na pewno zainteresuje się rodzajem waszej relacji.      - Ty!- krzyknął strażnik podnosząc się i wbiegając na niego. Drake próbował znowu zniknąć, ale nie zauważył Nevry, który zaszedł go od tyłu wbijając mu teraz sztylet w górną część pleców. Ból zdezorientował go i tym razem topór sięgnął celu przecinając go w pasie.      Mężczyzna ledwo odzyskując rezon, z wyraźnym wysiłkiem ponownie się zdematerializował nim zadano kolejne ciosy. Dotknęła ją czyjaś dłoń prosto w ranę, a zaraz potem zaczęła upływać z niej energia, wywołując jednocześnie pieczenie na całym ciele, z głównym źródłem na brzuchu.      - Wiedziałem, tractare! - Usłyszała głos Drake’a nad swoim uchem. Wszystko ustąpiło nagle, a obaj dowódcy pospiesznie się do niej zbliżyli. Usłyszała przekleństwa Valkyona i wykrzykiwane polecenia Nevry do nadbiegających strażników. Opiekun podniósł ją i wtulił delikatnie do siebie.      - Spokojnie, wszystko będzie dobrze, nie martw się – pocieszał ją, jednocześnie pocieszając siebie. Poniósł ją szybkim krokiem w stronę Kwatery, za zgodą wampira zostawiając całe zamieszanie za plecami.

***********************************************************
Przypominam o KONKURSIE, coraz mniej czasu :). Liczę na Wasz udział :) 

5 komentarzy:

  1. Super ja chce jeszcze! ;]
    Kiedy nastepny rozdział?
    Już nie mogę sie doczekać

    OdpowiedzUsuń
  2. ależ się tu ostatnio dzieje :)

    OdpowiedzUsuń